habla con ella

spam


2011
marzec
2010
grudzień
wrzesień
czerwiec
maj
marzec
styczeń
2009
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj



kontem kontem swego oka
fotos von den sachen dobry brat
street jorgensen
bart pogoda
na mintaja dorsz tez zerka
kazuar
UOMO kosi mazaki
jordan patrzy na londyn
filmmix niezlescie nas urzadzily, siostry!
widok na las zona modna
bai suxin dobra bratowa





BLOG



















matiabaraja



o tym jak rzucam prace i make i zostaje clownem

pamietam kiedys powiedzialam, ze ten blog powinen sie nazywac matia ma kaca. nie zebym tesknila za kacem, ktorego ostatnimi czasy miewam nader zadko, ale byly to czasy beztroski i za ta beztroska tesknie. co do nazwy bloga to chyba jednak powinien sie nazywac matia rzuca prace. na nowym stanowisku zabawilam mniej wiecej pol dnia i to tylko formalnie. w dniu w ktorym zostalam przeniesiona do drozyny smutnego alexa, w trakcie rozmowy z tymze majacej rozpoczac wdrazanie mnie, oswiadczylam, ze po dlugm zastanowieniu i z ciezkim sercem postanowilam z nowej roli, i ma sie rozumiec dalszej wspolpracy z organizacja, zrezygnowac. ta informacja nie od razu zbila z tropu alexa, ktory popadl w nieco histeryczny slowotok zachwalajcy moje nowe, niedoszle - choc do niego to wyraznie nie doszlo - stanowisko. chwile potrwalo zanim udalo mi sie go naprowadzic na moj wlasny trop. nie bylo dla mnie niespodzianka, ze drabina moich pzyszlych przelozonych nie tylko nie zdaje sobie sprawy z mojego myslotluctwa i braku entuzjazmu do nowej roli (wtajemniczyla mnie pani z ejczaru, ktora kilka dni wczesniej spytalam czy aby na pewno nie moge jednak sie dobrowolnie zredukowac), ale wiaze z moja skromna osoba nieskromne nadzieje. kolejne godziny i dni przynosily kolejnych zawiedzionych przelozonych. plan byl taki, ze przepracowuje trzymiesieczny okres wypowiedzenia na swoim starym stanowisku i z koncem kwietnia opuszczam szeregi organizacji i dajej chujwie co. co prawda na kilka dni po zlozeniu moja rezygnacja zostala zawieszona z inicjatywy kolejnego na drabinie pana dyrekora, ktory rzekomo chcial ze mna porozmawiac i zaproponowac mi jakas jeszcze ciekawsza role, ale rzeczona rozmowa nie doszla do skutku. przyznam, ze w ciagu nastepnych dwoch tygodni bylam w pracy moze trzy razy bo najpierw napuchla mi morda, a potem sie rozchorowalam. tak czy inaczej ostatecznie dowiedzialam sie ze pan dyrektor z czubka drabiny martwi sie, ze tak zrezygnowalam nie majac nic nowego w zanadrzu, ale do zaproponowania nic nie ma, co mnie bynajmniej nie zdziwilo ni zmartwilo i moglam juz spokojnie zyc sobie w blogiej swiadomosci, ze od maja bede szczesliwym bezrobotnym lub ewentualnie posiadaczem sensowniejszej roboty, ktorej nawet powoli bez cisnienia zczelam szukac. znalazlam nawet jedna wymarzona, ale jej nie dostalam. bloga swiadomosc trwala zaledwie kilka dni, moja rezygnacja nadal wisiala, mojego starego stanowiska nadal nie oglaszali, mojego nowego stanowiska nadal nie oglaszali, wykrystalizowal mi sie plan na nastepny rozdzial w karierze, zdalam sobie sprawe ze nie bedzie tak latwo i ze przygotowanie do niego moze zajac wiecej niz dwa miesiace, wreszcie doszlo do rozmowy z debi w ktorej padlo, i to chyba z moich ust, ze w sumie moze rozsadniej byloby popracowac troche dluzej. debi podchwycila natychmiast watek i zaproponowala ze wybada jak na drabinie spodoba sie pomysl, zebym zostala na starym stanowisku do powrotu z urlopu macierzynskiego ji (ktorej w przetasowaniu przypadlo moje stare sanowisko) w polowie wrzesnia. pomysl bardzo sie spodobal na drabinie i dostalam weekend na zastanowienie. caly weekend sie zastanawialam i opowiadalam o pomysle kazdemu napotkanemu potencjalnemu sluchaczowi z takim przekonaniem, ze kazdy jeden zapewnil mnie, ze pomysl jest swietny. w ramach moich warunkow zaproponowalam caly wolny maj oraz powrot do czterodnowego tygodnia pracy. pierwszy warunek zostal od razu wstepnie zaakceptowany przez debi, ale co do drugiego powiedziala, ze nie przejdzie, czarls na pewno sie nie zgodzi bo juz jej powiedzial ze zadnyc elastycznych ukladow, regularnej pracy z domu i tympodobnych juz nie bedzie. niemniej wracala ciagle do tego watku i wyszukwala informacje na temat elastycznych ukladow, po czym wrocila z rozmowy z czarlsem i oswiadczyla, ze wszyscy mi tu jedza z reki, what dorota wants dorota gets. potem jeszcze czarls wpadl na slowko i powiedzial, ze sie bardzo ciesza, ze zdecydowalam sie zostac do powrotu ji i ze te wakacje i ten elastyczny to teges, damy rade, ejczar nie musi nic wiedziec. dobrze, ze nie mialam akurat w reku zadnego jedzenia.
apropo zadnego jedzenia zinterperowalam ostatnio pojawiajace sie na mnie parchy (w tym tez zapuchnieta morde) jako alergie na gluten i przestalam jesc gluten. parchy najpiew zniknely, ja sie przerazilam, dalam sobie zrobic badanie na celiaka, uwierzylam ze go mam, dowiedzialam sie ze go nie mam, a one sukinkoty wrocily. obecnie znajduje sie w posiadaniu calkiem zgrabnego nosa clowna, sugerowano nawet bym zaciagnela sie do cyrku czego nie nie biore pod uwage.  glutenu nadal unikam jak ognia i czuje sie - pominawszy parchy - troche swietnie na ciele i duszy jak dawno nie i tak juz kurwa ma byc. nowy dobry rok uwazam za rozpoczety, z lekkim opozniniem, ale ja raczej o spoznianie do nikogo pretensji miec nie moge jako i do mnie nikt nie ma amen



2011-03-01 00:57:56 skomentuj (0)


nowy podrozdział na grząskim gruncie zawodowym

dzisiaj rano nie wiem czy bym nie wymyśliła jakiegoś powodu, żeby nie dotrzeć do pracy, gdybym nie miała mieć spotkania z panem dyrektorem (czarlsem) i panią z ejczaru w sprawie mojej dalszej ironii losu i nie musiała dać debi 15 funtów kłaków na krismas lancz. dotarłam sporo po 10 nawet nie sprawdziłam ile, powiedziałam, że nie mam nic do roboty i żeby mi coś dali jeśli nie chcą mnie zobaczyć na suficie, callum chciał, debi powiedziała, że coś da. sprawdziłam czy wszystkim uczestnikom krysmas lanczu przydzieliła zamówione przez nich dania, podłubałam chwilę w stercie faksów, którymi normalnie zajmuje się lerzuan (chyba raczej zajmowała, jeśli ona nie straci pracy w tym procesie to ja stracę resztki wiary w organizaję), która pojechała na miesiąc na karaiby, po czym udaliśmy się z debi i callumem do pubu napic piwka/wina tfu zapłacić za krysmas lancz.

po powrocie poczytałam trochę gazetę, wpadła szarlot pomóc mi przeprowadzić jakąs nieskomplikowaną operację w siblu, który potrafi każdą operację uczynić skomplikowaną, znowu poczytałam gazetę, wokół inni 'dotknięci' dzumą też nic nie robili i czekali na swoje rozmowy, james powiedział, że po rozmowach idą na piwko, wykręciłam się bólem głowy spowodowanym wcześniejszym piwkiem, zadzwonił czarls żebym zebrała swoje rzeczy i przyszła z nimi na górę.

proces zaczął się podczas gdy ja cieszyłam się trzymiesięcznym urlopem bezpłatnym, nomen omen na karaibach. wracam do pracy spóźniona o dzień w zwiazku z drugim przegapionym samolotem z havany i dowiaduję się, że jednak w ramach decyzji nowego z piekła rodem rządu pozbycia się 25% sektora publicznego (w tym 28.2% organizacji), organizacja przeprowadza natychmiastową redukcję stanowisk. niedługo potem miałam pierwszą z serii formalnych rozmów (z bobem) i drugą z serii formalnych rozmów (z czarlsem i panią z ejczaru), podczas której dostałam pierwszy list oświadczający, że jestem 'dotknięta'. znaczy moje stanowisko. proces postępował, odbywały się kolejne cośtam mające wyjaśniać i zdawać relację z postępów spotkania w różnych gronach.  któegoś dnia czarls poprosił mnie na nieformalną rozmowę, zapytał jak znoszę cały ten szit i powiedział, że nie chce, żeby mnie w związku z nim zaczęły swędzieć stopy. ja na to, że mnie stopy swędzą zawsze, z natury i że ze swojej pracy to ja wyrosłam i mnie nudzi rutyna i brak jakiegokolwiek wyzwania. czarls wydawał się odrobine zdziwiony takim obrotem spraw, ale raczej tym że to powiedziałam, a nie tym co powiedziałam. powiedział, że się nad tym zastanowi. w międzyczasie minął termin dobrowolnego zgłaszania się po zwolnienie, a ja się nie zgłosiłam, chociaż tłukłam się z myślami i wiedziałam, że będę żałować. odprawa w postaci miesięczne pensji za każdy przepracowany rok kusiła, ale w obliczu przepracowanych raptem dwóch to troche ochłap, chociaż nie to mnie powstrzymało. kilka dni później czarls do mnie zadzwonił - 'pracowałam' podówczas z domu - i oświadczył, że w świetle mojego wyznania i jego i całego mojego timu o mnie zdania, ma dla mnie propozycję nowej rolii i że pogadamy jak wrócę do pracy. nie wróciłam jeszcze przez parę dni bo się rozchorowałam. w końcu wróciłam, spotkaliśmy się, czarls opisał mi rzeczoną rolę ze szczegółami na tyle na ile sam wie jakby to miało wyglądać czyli mgliście i dał do zrozumienia, że jeśłi od niego będzie to zależało, a od niego to zależało, to ją dostanę i czy jestem zainteresowana. oczywiście byłam (choć nie tak jak wyleceniem z dwumiesieczną odprawą, coraz mniej realnym w miarę postępowania procesu).

wracając do dzisiejszego popołudnia: zebrałam swoje rzeczy i poszłam na górę, gdzie czarls bez zbędnej zwłoki, za to z nieukrywaną radością oświadczył, że oferuje się mi rzeczoną nową rolę. zareagowałąm z takim spokojem (czytaj brakiem entuzjazmu), że czarls zapytał czy to dobra wiadomość bo nie może nic wyczytać z mojej reakcji. powiedziałąm, że tak tak dobra, że cały ten proces troche mnie teges, ale oczywiście się cieszę, fenkju plis. czarls powiedział, że cały ten proces jego też trochę teges, ale sądzi, że zaowocował też pewnymi pozytywami, np mną w mojej nowej roli. dostałam kolejny list, nie miałam pytań poza jednym, na które wałściwie znałam odpowiedź, nie zapytałam czy planują mi tyle samo płacić, ale na to też znam odpowiedź, jeszce raz podziękowałam, powiedziałam, że cieszę się na nową rolę i poszłam sobie. na dworze było jeszcze nawet przez chwilę jasno. gdzieś pewnie od lutego będę zarządzać informacją działu polityki spectrum organizacji, cokolwiek miałoby to znaczyć. nie no cieszę się w granicach rozsądku, na pewno będzie mniej nudno, chociaż przez chwilę. a i nowy rozdział w cv pozyskany bez żadnego wysiłku piechotą nie chodzi.


2010-12-14 23:58:15 skomentuj (1)


PROTESTO

2010-09-08 16:12:24 skomentuj (0)


potrzeba więcej Lol

sniło mi się, że nijak nie mogąc dostać się na jakiś koncert (przeprawy przez moczary, rwące rzeki, niekompletne mosty, blokowiska, cuda-niewidy) i nie mogąc zgromadzić wszystkich dla których mam bilety, niechcący spowodowałam koniec świata. w pewnym momencie strasznie sie wkurzyłam i zaczęłam w szale niszczyć przedmioty i tym sprowokowałam szatana, który porzyłączył się do mojego szału i zakończył świat. a jego agentem okazał sie jeden z kolegów, którego wcześniej nijak nie mogłam namierzyć, a dla którego miałam bilet, adam myrdak.

lato trwa, jest cieplusio przez całą dobę, spędzam większość życia na rowerze i ogólnie jest byczo. wszyscy wokół zadowoleni, szczęśliwi i uśmiechnięci. otórz nie. londyn nawet w lecie jest miastem pełnym zaciętych, wściekłych, a w najlepszym razie obojętnych mord. to miasto kompletnie nie ma nastroju, każdy zajmuje się sobą i swoją małą grupą krewnych i znajomych a cała reszta to zło konieczne, albo wrecz wróg.

u nas w domu też zima kurwa trzyma. wszyscy są wkurwieni na wszystkich i pojawia sie coraz wiecej wściekłych kartek. tak naprawde wkurwione są prawdopodobnie ze dwie osoby, reszta nie ma takiej tendencji, ale wystarczy, żeby atmosfera zrobiła się raczej napięta i raczej nie dla mnie. pokój krawata za chwilę zaświeci pustką po raz niewiemktóry, mało kto zdaje się tym przejmować co nie sprzyja nastrojowi tych, którzy się zdają.

mnie to troche wszystko nie dotyczy, bo poruszam się na kubańskiej chmurze, ale z trzeciej strony nie mam ochoty,żeby mnie otaczało. czuję coraz silniejszą potrzebę znalezienia jakiegoś miejsca gdzie wszyscy są trochę szczęśliwsi, cieszą się z rzeczy, uśmiechają i na człowieka nie patrzą wilkiem.



2010-06-27 20:18:33 skomentuj (1)


holiday? fuck yeah!

wczoraj nigeryjski pan dyrektor zaprosił człowieka na catch-up (jak to nazwała jego sekretarka, w wysłanym mi mejlu z datą i godziną spotkania w jego biurze i pytaniem czy myślę, że znalazłabym chwilkę na ten właśnie kaczap z tym właśnie dyrektorem). człowiek myślał, ze chodzi o jego planowany i na większości szczebli już zaakceptowany (trzystopniowa drabina menadżerska mojej zacnej drużyny i surowa sonia z ejczaru) urlop bezpłatny, ale nie. on mi chciał powiedzieć, że jemu się wydaje, że on nie wykorzystuje mojego potencjału. jestem super bystra i on to wie od początku (odkąd przeanalizował rzekomo wszystkie cv z podległej mu grupy  - zaryzykuje strzał ze jaichś 120 osób - i wybrał osoby z potencjałem). i że on myśli, ze człowiek potrzebuję nowych zadań, czegoś bardziej interesującego i mniej rutynowego. no i jak tu nie pomyśleć, stary, ale ty jesteś przenikliwy. i co, od razu go bardziej polubiłam. do tej pory nie wiedziałam co o nim myśleć, coś mnie w nim nie przekonywało, ale nie mogłam dojść co. jakiś się wydawał może za miły. wystarczyło, że mnie połechtał i myślę, że nie, on naprawdę jest tak miły, otwarty na ludzi i wszystkim i wszystkimi zainteresowany jak się wydaje. ha. co do urlopu to mimo, że nic o nim nie wiedział nie wydawał sie zaskoczony (hm? hm? hm? hm?) a tymbardziej przeciwny. najs.

a jeszcze w temacie urlopu byłam dzisiaj na lanczyku z moniką - moją polską koleżanką z czwartego piętra - i okazało się bardzo prawdopodobne, że ona ma dla nas idealną, dokładnie taką jakiej szukamy chatę (ona to nazywa siedliskiem). z ogrodem z orzechami i owocami i dzikim bzem ktore bedziemy musialy zbierac i przerabiac na przetwory!! postanowiłam na tym przykładzie potwierdzić prawdziwość sądu, że na wydarzenia można wpłynąć pozytywnym myśleniem i nastawić się, że napewno się uda. wszystko się idealnie złoży: ja dostaje urlop, tamta nie dostaje/przyjmuje pracy w lustrze, znajduje się tani samochód, który kupuje(my), monika mówi, że jasne, nie ma sprawy, bierzcie siedlisko i jedziemy. totalnie prawdopodobne, czas sie pakować.

pakować już się nawet zaczęłam, chociaż jeszcze nie do chaty. w niedzielę rano człowiek jedzie odwiedzić dućkę w havanie, bo najwyższy czas i ostatnia chwila.

oczywiście z chwilą gdy rozpoczęły się wakacje czyli w momencie opuszczenia posesji organizacji, natychmiast mi odbiło. doskonałe uczucie. totalna wolność przez bite dwa tygodnie (tak, zaliczam do niej nawet pakowanie, dwie tysiacpieńcetstodiewieńcet-godzinne podróże i całoroczny egzamin na dzień po powrocie) chyba muszę kupowanie biletu na niedzielę, najlepiej wieczorem, ogłosić prywatną nową świecką tradycją. ano i po powrocie ide do pracy w piątek - w p i ą t e k - a potem weekend. buhahahahahahahahahahahaha. najs.

nakręciłam się na wystawę na zakończeńie roku fotografii w lcc, bo byłam tam już na trzech takich (2xBA, raz MA) i zawsze przynajmniej kilka osób pokazało coś na poziomie. tym razem (BA) totalne dno. było wśród tego wszystkiego dosłownie kilka poszczególnych zdjęć które same w sobie były dobre, ale sądząc po tym co im towarzyszyło to były to chyba wypadki przy pracy. ale jakbym nie poszła to bym nie wiedziała nie? poza tym przed wystawą spędziłam chyba z pół godziny czekając na amara w skwarze przy stliku przed lcc wśród masy ludzi czując się jakbym była w jakimś tropikalnym kraju w knajpie na plaży co było bardzo miłe. taka troche preklimatyzacja przed kubą. po wystawie szybko do nas dotarło , że piwko na chujowym elephant&castle jest mało atrakcyjne w porównaniu z wizją tego samego piwka w towarzystwie blanta nad kanałem, więc podzieliliśmy się (według środków transportu) i udali do amara, po czym zabrawszy maria, nad kanał.

człowiek się przez chwilę zastanawiał czy kiedy jego najbardziej wyluzowany znajomy mówi mu w piątek wieczorem, o d w u d z i e s t e j, że nie może już gdzieś iść bo nie może dzisiaj zarwać nocy, to czy ten człowiek powinien się martwić. ale doszedł do wniosku, ze nie, znajomy naprawde wyglądał na chorego. z choroby każdemu może się pomieszać w głowie.
 
no a mario jak mario. wkurwilam go znowu, a raczej 'on naprawde nie może zrozumieć jak ja moge nie czaić o co mu chodzi (nie zgadzać sie = nie czaić) i on już nie widzi sensu rozmawiać.' stary, ja też nie. ale mnie to jebie, a biedny chłopak się zdenerwował. jedyne co mnie denerwuje to to, ze zbedna dyskusja z jego ego zabiera czas antenowy, który mogłby być znacznie lepiej spożytkowany gdyby jego - maria, nie  czasu - tam nie było. tak wiem, wspominałam w tej lub innej formie już ze dwa razy.

oldoc biega jak potłuczona po domu w połyskliwej turkusowej kiecce, nie wiem czy bardziej eleganckiej czy sexownej (wygłąda jakby ją wyjęli z jamesa bonda), czarnym (na zmianę z turkusowym) szalu i wysokich za dużych o numer nowiutkich szpilkach krzycząc I cannot walk in these shoes!. wybiera sie na jakąś super poszową impreze z dreskodem na ł o d z i na tamizie. powodzenia.

trzy naprawde pojechane odcinki ósmej i błagam ostatniej, szytej grubym kablem serii serialu (w której jack już nie tylko złych ludzi bije, ale też patroszy) później jesteśmy z miss b nieco poturbowane, ale człowiek jest częściowo spakowany, ma liste zakupów, ważnych czynności i koniecznych przedmiotów i może spokojnie iść na szluga. ten już na pewno mnie zabije, ale jestem na wakacjach nie. moge wszystko. całkiem klawy dzień, a wakacje jeszcze sie dobrze nie zaczeły.


2010-06-05 02:45:01 skomentuj (4)


długi gorący weekend

w piątek po pracy pojechałam prosto na chelsea, gdzie odbywała się parada w ramach critical practice. nie zdawałam sobie sprawy jak bliziutko mam tam z pracy i jaka to przyjemna droga. poznałam pare bardzo sympatycznych istot ludzkich, pojawiły się też blanka i mgws i było przemiło. cudowny relaksujący wieczór na trawie obok na i pod rozlewającą sie po placu wielką czarną strukturą oli wasilkowskiej w miłym towarzystwie. wielka czarna struktura okazała się konstrukcją z tysięcy skrzynek na napoje - chociaż nie wiem jakie, bo butelka od wina się nie mieściła i ogólnie jakieś te skrzynki były delikatne, może na alkopopsy - zajmującą dużą część dziedzińca chelsea college of art and design, joanna rajkowska zaprojektowałą cudowny futrzany namiocik - łono matki i kokona, które pożerały coraż to nowe osoby i turlały się z nimi po trawniku.  było wiele radości.

podróż do domu była fajna i niefajna. szybka jazda po ciemku na rowerze przez miasto jest przyjemna ale nie dużymi arteriami bez świateł. kupić światła. teraz już naprawdę. teraz.

kupiłam. MAM wrażenie,że zajęło mi to ponad godzinę, w tym 57 min walka z paypalem. życie jest życie

w sobotę dziwny dzień. od rana miałam wrażenie, że za dużo chcę zrobić i coraz mniej mam przekonania do punktów programu. po pierwsze w programie pisanie eseju. no dobra, może nie pisanie ale robienie czegoś w kierunku. pogodziłam się już z myślą, że bez noża na gardle nic nie napisze wiec staram się puki co jak najwięcej czytać. plan wykonany powiedziałabym w 30% nie tak źle.

dość późno udało mi się wyruszyć na "no more rushomre" czyli drugie pożegnanie agnieszki i marcina, bo czekałam na blankę i oldoz, które wyszły na zakupy i zaginęły na wiele godzin. marcin i agnieszka opuszczają dobre clapton na rzecz nie tak dobrego - jak wynika z pierwszych relacji - lincoln. byłam tam raz, ale po pierwsze była to fajna przygoda bo dołączałam na chwilę do touru cr[rt], po drugie tylko w nocy bo jak nieliczna ale totalnie zakochana publiczność już chłopaków wypuściła zapakowaliśmy się do vana i ruszyli do liverpoolu. marcin dostł w lincoln najlepszą pracę świata, którą od razu pokochał i w której, jestem pewna, zabryluje. jest tutorem na wydziale architektóry i studenci masowo chcą się do niego przenosić od straszliwego chińczyka, który zmienił imię na alpha. marcina pytają czy mogą go nazywać omega bo jest dokładnym przeciwieństwem straszliwego chińczyka. w każdym razie dotarłam do nich później niż planowałam a i tak byłam pierwszym gościem. dzięki czemu udało mi się zając dobre miejsce przy stoliku z serem. poza serem byla jeszcze marchewka papryka oliwki wielka torba surowych ziemniaków wielka torba cebuli i chrupki. z ziemniaków i cebuli postanowiłam zrezygnować. przyszłą blanka, poźniej jakieś koleżanki agnieszki, koleżanka Jaya, który w miedzyczasie zniknął, była lucka, wrócił jay. żałuję, ze nie zdążyłam lepiej go poznać zanim marcin i agnieszka się wyprowadzili jest świetny.

nie chciało mi się wcale zbierać i pedałować do chelsea - od nas dojazd już nie jest taki fajny - ale chciałam tam iść, między innymi dlatego żeby nie poddać się lenistwu. dotarłam niestety za późno żeby na cokolwiek się załapać poza jakąś ostatnią nudną pogadanką, która w dodatku zawiesiła się na semantyce, ale załapałam się na pomprezowe piwka i znowu byo miło. potem jeszcze z dziewczynami i portugalskim samozwańczym shadow-curatorem (co jak zrozumiałam jest czymś w rodzaju stalkiera) poleźliśmy do ICA na toto ale w miedzyczasie zrobiło się ciemno a ja znowu bez oświetlenia wiec z żalem musiałam zmyknąć po jednym performansie.

wracając dowiedziałam się, że pożegnanie sąsiadów nadal trwa, mimo, że wcześniej były jakieś plany przeniesienia imprezy na manor house, gdzie ponoć działo się coś nie stej ziemi. w rushmorowym ogródku zastałam dwie imprezy, polska i angielska. na szczęście część znajomych jaya się wykruszyła i jay z resztą dołączyli do nas. było wiele radości wokół planu zrobienia ogniska z góry przedmiotów, głównie książek, marcina, bo przecież wszystko nie zmieści się do vana. przypomniałam sobie, że cały dzień nic nie jadłam i agnieszka litościwie usmażyła mi coś na kształt francuskich tostów. marcin nagle przypomniał sobie  manor housie i w ciągu 15 minut zrządził ewakuację, ku przerażeniu zmaltretowanej agnieszki.

a na koniec była jeszcze impreza u amara, na którą też poszłam bez przekonania, ale w końcu bawiłam się całkiem dobrze, chociaż o mało nie zanudził mnie na śmierć stafonas, a dość dziwny koreańczyk o mało nie zabił potrawą na bazie ketchupu, chili i wielkich, łykowatych muli. za to  poznałam całkiem miłego nowego sąsiada, który jak się okazało w dodatku też był na rowerze, więc wróciliśmy sobie razem na dobre clapton.

domem, kiedy do niego dotarłam około 6, trzęsło. nie specjalnie się znam na muzyce hevimetalowej, ale to co dobywało się z piwnicy było najostrzejszym hardcorem z jakim miałam do czynienia. okazało się, że nasza urcza sąsiadka z dołu marzenka  napierdala tak od wielu godzin. jeżeli szatan istnieje, jestem pewna, że był na tej imprezie. w środku zastałąm oldoc w wersji zombie. poszłam więc do marzenki poprosić, żeby troche ściszyła, ata mnie sklęła. potem poszła oldoc i, chociaż popisałą się niesamowitą uprzejmością i dyplomacją, też nie spotkała się z przychylnym przyjęciem. marzenka w całonocnym napierdalaniu szatanem nie widziała nic zdrożnego, wcale nie na pierdala całą noc tylko od 2 i w ogóle o co nam kurwa chodzi? w końcu po jakichś 15 minutach trochę rzyciszyła szatana, więc oldoc zrezygnowałą z dzwonienia na policje, ale za to potem napierdalała cały dzień w niedzielę, w dodatku wyniosła głośniki do ogródka. także poprawne stosuni sąsiedzkie diabli wzięli. dosłownie.

a eseju nadal nie udało się zacząć pisać.

a dzisiaj miły pan listonosz przyniósł moje nowe światełka. tak się ucieszyłam, zę nie opieprzyłam go, że wręcza mi również list do szatańskiej marzenki, na którym jak wól widnieje 'BASEMENT'.


2010-05-27 01:46:17 skomentuj (0)


How to make savings on your quality time

coraz bardziej mnie męczą niektore spotkania, dyskusje i osoby. zwłaszcza męczą mnie spotkania i dyskusje z osobami, które odczuwają potrzebę nieustannej koncentracji rozmowy na sobie i swoich przeżyciach wewnętrznych w celu zrobienia na kimś wrażenia. wdaję się w te dyskusje bo widzę, że ten ktoś potrzebuje publiczności, a ja potrafie nią być. a raczej nie potrafię nie być, chociaż czasem wiję się wewnętrznie jak piskorz. ale po prostu nie umiem się z tego wyzwolić, olać, nie odpowiadać, usmiechnąć się czasem. zawsze mi się wtedy wydaje że olewam i jestem niemiła. z ludźmi których naprawdę nie lubię i w żaden sposób nie cenię czasem potrafię to robić, ale tak naprwdę nic mi to nie daje (i j e s t niemiłe), zwykle jak się jest w jakimś towarzystwie nie da sie wyączyć i myśleć o czymś innym. nie zwracać uwagi. to jest ten moment, kiedy najbardziej (i najboleśniej) potrzebny jest Bank Czasu. w takich wlasnie momentach czlowiek mógłby włączać coś w rodzaju save mode, opcji niskoenergetycznej, a energia (=CZAS!) by sie zbierała na ważniejsze okazje. oszczedność tak zwanego qualiy time'u.

 


2010-03-20 06:47:25 skomentuj (0)


dziadoska bicz

po długiej nieobecności wróciła zła siostra bliźniaczka. miało jej już nigdy nie być, pożegnałąm ją i pochowałam z należnym brakiem pompy trzy i pół roku temu, a ona wraca jak nie przymierzając grzybica. żyje o szlugach, kawie i herbacie, ale trzeba przyznać że sprawia raczej wrażenie trupa niż żywej istoty. wewnętrznie, bo zewnętrznie - pozazdrościć: dziwka jest jakieś 8 kilo chudsza ode mnie and counting, pasuje na nią większość ubrań, których już od dawna nie mogłam nosić. ale nie zamieniłabym się, gdyby to ode mnie zależało. lepiej chcieć schudnąć i nie mieścić się w łachy niż być zgrabną, pustą w środku Beznadzieją. och jaka jest zła. taka zła nigdy jeszcze nie była. dziadoska bicz.

2010-03-11 15:31:15 skomentuj (0)


konkurs

wymysl nowe polskie przyslowie, ktore bedzie doslownie znaczylo nie oceniaj wysilku po efektach; warunek: motyw zwierzecy

ju nou cos w rodzaju nie skórka czyni norkę albo nie kaźda wiewiórka znajdzie orzecha
2010-01-29 01:40:20 skomentuj (0)


wakacje w biegu cz2: playboys and playgirls



2009-10-17 18:17:43 skomentuj (2)


wakacje w biegu cz1: najs spot for a piknik

nie udało się dobiec nad kanał
2009-08-30 22:42:12 skomentuj (3)


na ostowej
ostatnie dwa dni spedzialam na zastanawianiu sie czy isc nastepnego dnia do pracy, oszukiwaniu sie że biorę to poważnie pod uwagę, postanawianiu, że nie idę, natychmiastowym - zawczasu! - poczuciu winy, postanawianiu, że jednak idę, komponowaniu wiadomosci do koleżaneczki debi, że to ja chyba jednak nie przyjdę, nieco jakby mniejszym poczuciu winy, pozbawionych cienia przekonania postanawianiach, że w tym czasie bógwico zdziałam i już kompletnie wyzutych z przekonania próbach zdziałania. tym sposobem zrobiłam mnóstwo, mnóstwo czasu i jak do tej pory cały przeleciał mi przez palce tak bezproduktywnie, że żeby było bardziej bezproduktywnie musiałabym się zacząć pozbywać jakichś produktów.  

amar tymczasem wyprowadza się z taką skutecznością jak my wyprowadzaliśmy się z pewnego hotelu w lizbonie z tą różnicą, że jordan nie musi co rano zbiegać na dół żeby przedłużyć jego wizytę- to wspomnienie pokoju hotelowego jest dość mocne, bo od dobrych dwóch tygodni mieszkamy w trójce. co w trybie wakacje jest troche świetne, ale w trybie 'normalne-życie-praca-dom-kak-ja-nienawiżu', potrafi być uciążliwe. jak wiele rzeczy w tym trybie. jordan tym czasem zbiega co rano na dół tak czy inaczej, gdyż jest jedyną osobą w naszej małej trupie (komórce rodzinnej?), która potrafi wcześnie rano wstać, szybko się umyć zjeść i wyjść, wszystko jak w zegarku, bez narzekania odsiedzieć swoje w 38, przespać swój przystanek i nie tylko nie spóźnić się do pracy, ale często być za wcześnie. dzisiaj amar zbierał się do wyjazdu (przeprowadzki) z tak smutną miną, że zostaje do niedzieli. poza tym, że w złym trybie jest to uciążliwe jest też wiele radości. no zwłaszcza teraz, kiedy udało mi się na kilka dni odwołać zły tryb. jestem, wicie rozumicie, chora. bez kitu. no dobra z odrobiną kitu. wczoraj czułam sie naprawde źle, dzisiaj już troche lepiej, ale ten, nadal nieklawo ogólnie, zwłaszcza na polu umysłowym.

a, zupełnie bym zapomniałą. nasz pokój poza tym, że stał się trójką, zmienił się też nagle i niespodziewanie w menażerię. wczoraj wynieśliśmy dwa OGROMNE pająki - bo nie chę wierzyć, że to ten sam wrócił, wyniosłam go naprawde NAPRAWDE daleko - gdy tymczasem pod sufitem krążyła osa - która w nocy zinęła śmiercią tragiczną po tym jak użarła amara - dwie wielkie muchy i biedronka. a po suficie łażą jeszcz rzeczy, które wyglądają na przyszłe ogromne pająki. a, no. do kuchni wprowadziła się też nowa mysz (ale nie wiem czy nie przelotnie, bo coś o niej nie słychać). nazywa się Ivan, po Ivanie, szkockim chińczyku, ktróy jak się okazało BARDZO boi się myszy. mam nadzieję, że nie tak bardzo jak Maria, islandzka śpieaczka operowa, która tak bardzo przestraszyła się Marii, myszy, że w godzinę się spakowała i nikt mi znany już jej więcej nie widział. Ivan, który trenuje walki w klatce, ma wielkie muskuły i żre sterydy był naprawdę uroczy w swoim strachu przed myszką. było wiele radości.

2009-08-21 02:11:14 skomentuj (3)


uparrrrrrrrrrcie i skrycie...................

człowiek zmęczony i zestresowany nie ma jasnego spojrzenia na sytuację. innymi słowy sytuacja owa jest z jego perspektywy niejasna. czyli ciemna, ponura, zagmatwana i bez wyjścia.

człowiek taki fizycznie źle się czuje, mimo że pozornie nie ma do tego powodu. na nic nie ma siły,  wszystko go boli i najchętniej by spał, a właśnie spać nie bardzo może, bynajmniej nie za dobrze.  

wtem!

życie właśnie diametralnie się poprawiło, chociaż nie miałam jeszcze szansy tej poprawy odczuć. jakto? zapytacie bez pardonu. a takto: od zeszłego tygodnia mam, na razie będę miała, a może - fingers crossed - będę miała bardziej permanentnie, w każdym tygodniu, tylko cztery dni poprzednie i aż trzy prawdziwe. wynegocjowałam, a co. muszę co prawda w ciągu tych czterech dni wyrobić normę - raz wyrobię, raz nie wyrobię, będę sie starała jak mogła - ale nic to!

UDAŁO MI SIĘ ZROBIĆ CZAS!!!

!!!!!!!!!!


moje odwieczne marzenie, odwieczna frustracja, odwieczne tłuczenie się z myślami i zachodzenie w głowę wreszcie przyniosły efekty. ba, nie tylko zrobiłam czas, ale od razu CAŁY DZIEŃ! wygrałam z systemem i będę się z tego bezwstydnie cieszyć bez cienia obawy, że tak super to nie może być i na pewno coś się zaraz zjebie, system się odwinie i znowu będę się sulać po dnie. tak mi dopomóż bóg (w cieszeniu, rozumisz mi, nie sulaniu)!

nie, nie obiecuję, że czterech pozostałych poprzednich nie będę spędzać na ubolewaniu nad tym jak system bez sensu wsysa moj cenny czas i zastanawianiu sie jak się z tego wyplątać. ale co cztery to nie pieć, a co trzy to nie dwa!

także jutro nie idę do pracy bo mam dzień wolny. nie wakacje, nie sraczka, chrypka, siniak, okres. nawet nie "pracowanie" z domu. WOLNOŚĆ I SWOBODA! WŁASNORĘCZNIE ZROBIONY DZIEŃ!

2009-07-21 22:33:41 skomentuj (2)


kapusta głowa pusta

w obliczu dwóch gąb do nakarmienia w tym własnej oraz faktu, że jest warzywem zdecydowanie nie w stanie cokolwiek zgotować, człowiek przeszukał lodówkę i natknął sie na sprzedtygodniowe paniblanine danie, ktore postanowił odgrzać.


ponieważ jako warzywo nie byl też w stanie niczego napisać, przeszukał komputer i natknął się na sprzedprawiedwumiesięczny sen,  ktory postanowił odgrzać.

lecę samolotem na czyjeś wesele. na miejscu zdaję sobie sprawę z tego, co przeczuwałam już w samolocie: to że nie wzięłam ze sobą żadnych ubrań, a przyjechałam tylko owinięta w folię bombelkową było bardzo złym pomysłem - nie mogę przecież tak iść na ten cholerny ślub. na szczęście okazuje się że przecież wyjechałam zostawiwszy pełną szafę przeróżnych sukienek, które spokojnie na mnie czekają. mam wręcz problem z wyborem. stroję się w te sukienki, jedną po drugiej, co jedna to ładniejsza, tymczasem na balkonie osiedliły się dwa gołębie. chociaż to są gołębie tylko z nazwy bo są to jakieś dosyć duże ptaki, czarne i smukłe, takie jakby kruki z długą szyją. karmię te gołębie mlekiem z płatkami z truskawkami z tesco (bardzo starannie je przygotowuję, mieszam, podgrzewam, żeby gołębiom smakowało), a moja mama jak się okazuje daje im gotowane ziemniaki. przychodzę ktoregoś dnia na balkon, a każdy gołąb ma do swojej dyspozycji duże drewniane wiadro mleka z tymi płatkami, w którym pływaja też te wielkie żółte kawałki ziemniaków, takie jak dostaliśmy do sardynek w lisabonie w ramach "salatki".


2009-07-15 01:26:51 skomentuj (2)


z cyklu *Różnice Kulturowe* amar: moja pierwsza wielkanoc

nie, oni chyba nie wyczaili, że dwóch facetów siedzących przy jajkach z groszkiem to jest jakieś święto

2009-07-12 06:46:17 skomentuj (0)


odciążyć z siły ciężkości

zadzwonił do mnie tydzień temu Melchior Kadłubek* z propozycją zauczestniczenia w pisaniu artykułu do jakiejś nowo powstającej rzekomo być może nieco ambitniejszej polskiej darmówki o tak kretyńskiej nazwie, że powinniśmy się byli z Kadłubkiem przeżegnać i natychmiast pożegnać z myślą.

ale nie. myśmy się na pniu wzięli do roboty. powstał pomysł - a raczej sie obudził bo był od dawna, tylko drzemał - cyklu artykułów o dzielnicach londynu. dwa dni później, po kolejnej telefonicznej pogawędce z gadatliwym telefonicznie Kadłubkiem, cykl był cyklelm dialogów. Ten pomysł Kadłubka - który akurat czyta Dialogi Platońskie i jest pod wrażeniem tej formy - bardzo mi się spodobał. W dialogu powstaje i dojrzewa wiele pomysłów i jest to też forma angażująca potencjalnego czytelnika. Zabraliśmy się za pisanie pierwszego dialogu i w ciagu niespelna tygodnia, w mękach i kompromisach stworzyliśmy - wcale, naszym zdaniem, nie potwora.

Naszego zdania nie podzieliła niestety redaktor naczelna nie bardzo, jak sie okazało, ambitnej przyszłej publikacji z q w tytule i to w dodatku w sposób dość obcesowy, cytuję: "niestety nie pójdzie... w tym numerze na pewno, a jeśli miałoby pójść kiedyś to zalecam tekst trochę odciążyć z siły ciężkości...Przede wszystkim - jest fałszywy. Czuje się to każdym zmysłem i pewnie ta nieszczerość sprawia, że tekst wydaje się być ciężki" i jeszcze "Radziłabym również nie używać żadnych nazw - mogą być uznane za reklamę, a także słów, których znaczenia przeciętny czytelnik może nie znać..."

nie wiem jak mozna "nie uzywac żadnuch nazw" w artykule o charakterze informacyjnym i tematyce historyczno-architektonicznej, a pomysl, ze ktos moze myslec, ze próbujemy zareklamowac wielki supermarket, znana stacje telewizyjna czy światowej klasy pracownie architektoniczne wydaje mi sie kuriozalny, ale najgorsze z tym przeciętnym czytelnikiem.

troche nam się zrobiło smutno, bo naprawdę popłynęliśmy daleko w świat marzeń o tym, że powstanie może wreszcie jakaś gazeta dla "ludzi takich jak my". marzenia te nie były zupełnie z dupy wzięte, bo pisanie tego artykułu zaproponował Kadłubkowi taki jeden jego kolega, z ktorym wcześniej kiedyś współpracował przy innym artykule, a który okazał się znanym mi również nienazwanym tu młodym człowiekiem. młody ten człowiek sugerował, że jest nadzieja. to ostatnie zdanie pani redaktor obróciło ją w perzynę.

jeśli ktoś ma ochotę przeczytać nieodciążony z siły ciężkości tekst reklamujący supermarkety, stacje telewizyjne, znanych architektow i organizację charytatywną, chętnie się podzielę.


*współautor artykułu występuje tu pod pseudonimem

2009-07-08 01:48:17 skomentuj (4)


Droga Vicky w koku i kocu,

 

Mam nadzieję, że masz się dobrze, dziękuję za kserówki ze szkółki wieczornej, w której nie byłam w stanie wziąć udziału, bo kompletnie o niej zapomnialam.

Obawiam się, że znowu nie wyślę mojego ZOT (Zadania Ocenianego przez Tutora) przed upływem ostatecznyego terminu. Bardzo mi przykro, a informuję cię tak późno, bo byłam naprawdę zdeterminowana żeby tym razem zdażyć na czas i do ostatniej chwili wmawiałam sobie, że mi się uda. Bez kitu. Czy zaakceptujesz spóżnioną pracę? Zrobię co w mojej mocy, zeby wysłać ją do końca tygodnia..

I mam też bardziej ogólne pytanie. Podkreśliłaś kilkakrotnie, że przełożyć termin oddania można tylko dwa razy podczas całego kursu. Jak naginalna jest ta zasada?

Pytam bo obawiam sie, ze prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek oddam cokolwiek na czas jest znikome. W tym celu musiałabym zdecydować się olać dużą część kursu i pozakursowych materiałów (które studiuję z wypiekami na twarzy, jak akurat nie oglądam serialu albo nie wykonuję innych koniecznych dla zachowania resztek normalności czynności). Naprawde nie chcę tego robić – mijałoby się to z chwalebnym celem mojego studiowania: chłonięciem wiedzy!

Jeszcze jeden strasznie nudny akapit.

Czy możesz mi zaliczyć tego mejla jako krótki esej za dodatkowe punkty?

Z poszanowaniem

dorota


2009-06-03 01:12:51 skomentuj (1)


Jeszcze bedzie przepieknie

dzisiaj po koncercie mareczka (na ktorym utwierdzilam sie w przekonaniu ze jestem zakochana w vanessie f) zjaralam sie przecudnie jak dawno nie i jak wogle juz zadko kiedy tak i wracajac do domu - oczywiscie konno, bo lato! - postanowilam:

zaczac chodzic do biblioteki, to juz ktorys raz postanawiam w podobnej sytuacji, cos w tym musi byc.

napisac jednak to wypracowanie o przeklanstwach (mam oddac do srody, chyba czas napisac do vicky-tutorki w koku i kocu, ze jadnak znowu nawale, so sori, ale wieszak jest) i nawet juz wymyslilam o czym pisac i wpadlam na dwa niezwykle odkrywcze tropy do rozwiniecia po czym wszystko zapomnialam

zaczac rysowac komiks o swoim zyciu. no bo jesli uda mi sie zaczac patrzec na siebie z boku, na wszystkie te zmagania, frustracje, wegetacje, sodome, gomore i halembe, to moze zacznie mi sie to wydawac zabawne, moze sie wciagne jak w serial i zaczne sobie dostarczac jeszcze mocniejszych wrazen, zeby zobaczyc jak to wszystko rozegram. to moze wreszcie zaczne cos kura picca swinia rozegrywac

apropo serialu skonczyl sie mi serial o teatrze ktory pokochalam i dozowalam jak lekarstwo. czuje sie chyba gorzej niz jak sie skonczyly druty. nie zakochalam sie tak w postaci fikcynej chyba od czasu robin hooda. tego pierwszego  z ciemnymi wlosami. jesli jest tam gdzies Dżefrej i czyta te slowa to chce zeby wiedzial ze jestem jego. No chyba, ze jest Dylan. To by bylo straszne, padlabym z niezdecydowania jak osiolek. Czy oni nie sa IDENTYCZNI? NOTA BENE czy ja sie juz przechwalalam, ze znowu nabylam bilety na Dylana i tym razem juz nie zapomne isc. PRZYSIEGAM. a swojo drogo dzisiaj o malo nie zapomnialam iść na mareczka.

i postanowilam jeszcze (chociaz nie obiecuje, ze konsekwentnie, a raczej obiecuje ze nie):

zacząć używac polskich znaków, o których od-niedawna-maniu ciągle zapominam, przypomina mi o nich co jakiś czas komunikat @wpisz poprawny adres email@ you know what i'm sayin?

tymczasem zrobilo sie zaawansowane jutro. przydalby sie ktos kto zalozylby sie ze mna o duza sume ze jutro nie pojde do pracy. z braku chetnych watpie w powodzenie tej misji...


2009-06-01 05:28:37 skomentuj (3)


Moj kraj. Moj dom. Moj dworzec.


2009-05-19 23:21:26 skomentuj (5)


04:01

czytajac blogusia, as you do, natrafilam na sen, w ktorym snoop dog zaproponowal mi prace i pomyslalam sobie szkoda, ze nie zapisuje czesciej snow przeciez prawie codziennie snia mi sie jakies niestworzone historie.

prawie. wczoraj np snilo mi sie, ze mam raka i prawdopodobnie umre w ciagu roku, ale nie do konca wiadomo bo nie mam zadnej opieki medycznej, wiec wlasciwie nie da sie stwierdzic. jakos po kryjomu i dziwna droga udalo mi sie zrobic jakies badanie, ktore wlasnie wykazalo, ze rok, ale trzeba to bylo jeszcze potwierdzic.

ale na przyklad przedwczoraj na koncercie prodigy, w jakims malym klubiku, gdzie wszyscy siedzieli na takich starych rozpadajacych sie krzeslach kinowych jak w kinie tencza zanim je zamkneli, zorientowalam sie  ze moja najlepsza przyjaciolka tak sie postarzala, ze ledwo moglam ja rozpoznac. miala biale krzaczaste brwi i mnostwo siwych wlosow. zespol p tymczasem siedzial na scenie gral na gitarze i spiewal ladne, romantyczne pisenki. patrze z niedowierzaniem na te krzeczaste brwi mojej np kiedy moj wzrok pada na cztery wielkie baby, stojace rzedem pod sciana i najwyrazniej probojace zwrocic na siebie nasza uwage. kazda ubrana w dluga biala sukienke z dlugimi, potarganymi wlosami zwiazanymi w dwa niedbale kuce. wlasciwie wygladaly jak faceci przebrani za baby. wlasciwie to byli  faceci przebrani za baby. w koncu sie okazalo, ze to byl zespol p. przebrali sie za baby po koncercie. specjalnie dla nas.
a potem nagle stoje przed jakimis drzwiami i dzwonie. otwiera filmiks, jest w ciazy. nie wiem skad to wiem, bo nie ma brzucha. okazuje sie, ze wlasnie dzisiaj ma rodzic. mowi mi, ze ona ma taka figure, ze nie widac brzucha mimo ze wlasnie dzisiaj ma rodzic i ze ja chyba tez mam taka figure. a potem przychodzi jej chlopak i jest bardzo fajny, lubie go. tylko ciagle mi sie chce siku. ciagle chodze do kibla, sikam i sikam i ciagle nadal chce mi sie siku. w koncu juz wszyscy zaczynaja ignorowac to ze sikam i po prostu wchodzic do lazienki i gadac ze mna, a ja na poczatku troche sie tym przejmuje, a potem juz w ogole sie tym nie przejmuje.  

budze sie o 8:16. a jak wylaczalam budzik o 7:54 myslalam sobie, ze na pewno juz nie zasne, bo strasznie chce mi sie siku. i ze jest 7:54, jestem juz spozniona, musze umyc glowe, a nadal leze.

do pracy dotarlam o 10, co na nikim nie zrobilo wielkiego wrazenia. wlasciwie prawie nikogo nie bylo w tym tygodniu w biurze. wszyscy na wakacjach albo dziestam wyjechali. o 3 postanowilam, ze skoncze tylko robic costam co zaczelam i spadam. o 3:7 postanowilam ze nic juz nie koncze i spadlam.


2009-04-18 05:01:57 skomentuj (3)


sa na swiecie ludzie, od ktorych mozna dostac tourette'a

zazwyczaj czlowiek unika ich jak ognia.

ja sobie zdaje sprawe, ze to jest ulomnosc, ale ja po prostu nie potrafie takich ludzi znosic. ba, malo tego. ja ich nie chce znosic. znosic ich ja chce n i e. tymczasem czasem musze. po prostu nie mam wyboru. uciec, ale dokad.

niewyparzona gemba moze wpedzic czlowieka w powazne tarapaty, az strach pomyslec co by bylo, gdyby sie czlowiek nie gryzl w jezyk. takze jezyk ma pogryziony na calej dlugosci do zoladka, bo a) naprawde zalezy mu zeby nie angazowac sie w kretynskie potwornie nuzace gadki z czyims napompowanym jak zaba ego, chociaz wszysko swierzbi b) naprawde nie powinien obrazac znajomych chocby nie wiem jak niemozliwe bylo przebywanie z nimi w jednym pokoju.

a i tak nie udaje mu sie kurwa uniknac kurwa wysluchiwania jakichs straszliwych kurwa pierdol bo niektorzy sa tak kurwa pojebani ze kurwa ja pierdole.

takze tourette's trawi trzewia

in the words of alf: moze jeszcze jedno do widzenia?


2009-04-12 23:53:38 skomentuj (0)


reasoning with amar

just because charles bukowsky lived and died doesn't mean alcohol contains proteins

2009-04-12 03:10:18 skomentuj (0)


zywot brajana

troche swietnie jest studiowac lingwistyke w warunkach, w ktorych czlowiek na codzien spotyka sie z przykladami o ktorych czyta. schodzimy do kuchni zajarac a tam brajan. pogadalismy chwile i nawial jak to on zwykle jesli juz uda sie go uswiadczyc co jest rzadkoscia. nasz (moj i pani b, j chcial piekna mloda rozrywkowa hiszpanska iczaszo) wybor brajana - bo wydawal sie interesujacy i ze mozna z nim pogadac - okazal sie zupelnie chybiony. brajan funkcjonuje w tym domu chylkiem. przemyka sie, wymyka i wslizguje; nikt go nigdy nie widuje. nikt nic o nim nie wie. ale nie o tym nie o tym. rozmawiamy sobie o autobusach, gdy nagle brajan, ni z tego ni z owego, uzywa niestandardowej formy gramatycznej charakterystycznej dla dialektu irlandzkiego, o ktorej wlasnie dzisiaj czytalam w podreczniku. 'they musn't have worked' mowi Brajan o kasownikach w autobusie, co w standardowym angielskim brzmialoby 'they couldn't have worked'! zamiana czasownikow posilkowych! zywy chodzacy przyklad! cheers brajan. o, juz znikl.



2009-04-11 00:15:48 skomentuj (1)


jestes facet zachowuj sie jak facet zdobywaj zadowalaj wykonuj swoja prace

w taki dzien jak dzisiaj czlowiek przypomina sobie jak zajebiscie jest miec Faceta w domu. Z mojego doswiadczenia wynika, ze Facet (jako rasa, podmiot zbiorowy, rozumiszmi) generalnie nie sprzata za chetnie na codzien, a jak ma posprzatc to dasa sie jak dziewieciolatek ktorego ktos zmusza do czegos straszliwie przykrego, niepotrzebnego i w ogole niezasluzona przykrosc. ale od wielkiego dzwonu Facet, przyparty do muru lub po prostu z jakiegos niewyjasnionego powodu (zalezy od modelu) zamienia sie w wielogodzinne sprzatajace tornado. przychodze dzisaj do domu patrze: cala lazienka wypatroszona, polka znaleziona na ulicy, pudla po bananach co raz robia za stolik raz za szafke raz za smietnik, dziwna rama z gwozdziami na cos na pewno sie przyda, suszarka co sie lamie i lamia i nie chce sie polamac oraz liczne pojemniki z detergentami, wszystko to wyjechalo na pokoje a w lazience stoi chlop z mopem i konczy myc podloge. cala lazienka swieci sie jak psu jajca.

i pranie zrobione czeka na wywieszenie nie.

wprowadzilimy graty spowrotem do lazienki, chlopak po raz niewiemktory reanimowal suszarke, powiesilimy pranie. skladam sobie tiszerty z poprzedniego prania i tak sie im po kolei przygladam:
tej koszulki zapomnial zabrac kolega z zespolu z ameryki to se przywlaszczylam
te koszulke wujo maro z 10 lat temu przywiozl z jakiejs podrozy
te koszulke kupilam w czaritiszopie za funta klakow
te koszulke wyludzilam od (prawie calkiem) innego zespolu z ameryki jak jeszcze istnial (czyli wedlug internetu najpozniej w 2004!)
te koszulke wygrzebalam z jakiejs gory szmat na ziemi na carboocie
te koszulke znalezlismy na ulicy przed zeto we wroclawiu
bosz ale ja jestem lumpem... e, nie. miss recyklingu jestem ot co!

czarnuch tymczasem zapodal afrokolektyw
to pusciles apropo dzisiajszego mycia lazienki? pytam sie chlopaka
chlopak patrzy na mnie. jasne, mowi.

2009-04-09 01:45:18 skomentuj (0)


am I being watched and googled at the same time?! hello?

2009-04-08 01:52:25 skomentuj (0)


z notatniczka studentki lingwistyki

Regarding the venemous and disgusting ulcer of our nation I am embarassed to say anything at all. For that detestable scum of wandering vagabounds speak no proper dialect but a cant jargon which no punishment by law will ever repress, until its proponents are crucified by the magistrates, acting under a public edict

nie sliczne?

autorem paszkwila jest niejaki william harrison, historyk renesansowy. to niestety wszystko co o nim wiem, gdyz informacje zaczerpnelam z ksiazki 'dostepnej do wgladu' na google book search, jednym z najbardziej frustrujacych elementow mojego nowego wirtualnego swiata, o ktorym moze pozniej. zwlaszcza staje sie on frustrujacy (element, nie swiat) kiedy czlowiek odkryje naprawde swietna ksiazke, ktoro jak sie okazuje moze kupic za 90 funtow klakow, nie mniej. w ksiazce 'dostepnej' czesc z bibliografia niestety nie jest dostepna.

edjit (me): ha. okazalo sie ze autorem paszkwila wcale nie byl pan harrison, a pan Alexande Gill, gramatyk renesansowy. ale wstyd...

2009-03-31 01:27:20 skomentuj (0)


rownia pochyla


przez ostatnie trzy tygodnie bylam w pracy po trzy dni z roznych powodow: padal snieg, bylam w walii, mialam byc w polsce ale nie dolecialam (czy raczej nie wylecialam skurwialym rajanerem chujem nad chuje za przeproszeniem wszystkich bogu ducha winnych i na pewno nie tak chujowych chujow), nie moglam wstac rano, czekalam w domu na paczke, ktora nigdy nie przyszla i costam jeszcze.

zapisalam sie jak juz wspomnialam na studia, konkretnie na anglistyke i tu kolejna przykrosc - paczka, na ktora czekalam i nigdy nie przyszla sa moje pomoce naukowe w postaci podrecznikow, plyt dvd i mnostwa instrukcji obslugi wszystkiego. zupelnie nie wiem po co skoro wszystkie te potrzebne i niepotrzebne instrukcje sa na stronie. nie ma podrecznikow i zawartosci plyt dvd. ani instrukcji obslugi czlowieka chcacego sie uczyc w razie braku materialow do nauki. tymczasem studia trwaja juz dwa tygodnie, do kazdego tygodnia jest przypisany rodzial z podrecznika i program z plyty, a jutro mam oddac polowe pierwszego zaliczenia (ktorego szczegoly sa na stronie). pani tutorka powiedziala zeby sie nie przejmowac brakiem materialow i napisac i tak na czas, bo lepiej napisac bez materialow niz pozniej. postanowilam na razie nie dzielic sie z nia moim zgola odmiennym zdaniem i sprobowac cos sklecic. czy musze dodawac, ze jestem w proszku?

znacznie lepiej byloby, gdybym jutro nie szla do pracy. chociaz czy ja wiem. dzisiaj nie bylam a nic nie wyrzezbilam. tak czy inaczej jestem zdeterminowana zeby isc. po tych trzech mocno wybrakowanych tygodniach mam wrazenie szybkiego zsuwania sie po rowni pochylej, na ktorej ktos w dodatku rozlal olej.

niejeden na moim miejscu nie mialby takich skrupulow, przeciwnie, cieszyl by sie, ze sie da i razno korzystal. zwlaszcza w obliczu faktu, ze nie ja jedna sie po rowni staczam. lerzuan w tym tygodniu byla w pracy raz, w poniedzialek. podobno spoznila sie godzine, weszla wolnym krokiem ze sniadaniem, ktore mimo godzinego spoznienia zdazyla kupic, pogadala z kims po drodze zanim rzaczyla udac sie do swojego biurka w celu spokojnego spozycia sniadania. nie widzialam, bo w poniedzialek robilam za nielota na stansted. we wtorek nie miala cieplej wody i czekala na hydraulika. w srode nadal nie miala cieplej wody i nadal czekala na hydraulika. chyba, nie bylismy pewni z rojem co sie dzieje bo nie raczyla zadzwonic i nam  powiedziec. dzwonila oczywiscie do debi. pewnie wielokrotnie, ona ciagle do niej dzwoni, zwierza sie, prosi o rade, nawija o dupie marynie. ale debi nie bylo caly tydzien, bo byla chora. naprawde chora - jak zadzwonila we wtorek nie moglam uwierzyc, ze to ona, taki miala glos. we wtorek nie bylo roja. 'pracowal z domu'.  stiwa ((ktory jest szefem debi i moim) w piatek, jak ja czekalam na paczke, tez nie bylo - czekal na hydraulika. marka, ktory tez jest moim szefem od innej bajki niz debi i stiw, nie ma od dwoch tygodni i chyba nie bedzie jeszcze tydzien, mimo ze w tej bajce jest akurat moment przelomowy i niezly bajzel. no ale on jest overseas on business. taki to moj maly team.



2009-02-23 00:51:08 skomentuj (2)


dalston odkurzacz

jechalam dzisiaj z pracy na rowerze wczesnie, bo kolezaneczka debi kazala mi isc do domu o 3. o 3:15  miala juz naprawde zlowroga mine i pytala czy chce wyleciec. wyobraz sobie przechodzenie od nowa przez caly ten proces rekrutacyjny mowie, a ona na to z powazna mina: awansuje lerzuan, na co obie wybuchamy smiechem.

jechalam wiec wczesnie i pedalowalam z calych sil jak trzylatek na rowerku z czterema kolkami. nozki sie kreca jak szalone, a progres niewielki. takto jezdzi mi sie odkad oddalam nieoparznie kobyle w rece dobrego pana mechanika, w ramach comiesiecznego darmowego przegladu rowerow organizowanego przez tych milych panstwa.

pan mechanik nawet zmienil mi dentke, gdyz akurat tak sie zdarzylo, ze 'wlasnie' (3 dni wczesniej. 3 dni biedna kobyla stala na mrozie pod biurem) zlapalam gume, co mnie bardzo wzruszylo. mniej mnie ucieszyl fakt, ze pan nie tylko zauwazyl, ze musze wymienic manetki, ale tez udalo mu sie wyregulowac je tak, zeby przednia przerzutka i jej manetka mialy to samo zdanie odnosnie polozenia lancucha - nota bene permanentnego - ktore nie jest bynajmniej polozeniem porzadanym. bylo to dobre trzy tygodnie temu. od tamtej pory niezle sie nakrece zanim gdziekolwiek dojade. nie wiem czy juz mi sie zdarzylo zalowac ze wiekszosc drogi w obie strony nie jest pod gorke. ktos moglby powiedziec, ze dlaczego nie wymienie manetek. i skoro juz manetki to moze od razu tez lancuch, kasete, opony, ktore tez sie juz do niczego nie nadaja. oswiadczam, ze uwazam to za bynajmniej sluszny poglad  i rozwaze go we wlasciwym czasie

takze macham nozkami jak glupia, jest wczesnie, jasno, cieplo jakos, wtem! czuje wiosne. swiadomosc ta pojawia sie zupelnie niespodziewanie, na ulamek sekundy doslownie wraz z, jak co roku, uczuciem, ze nagle jestem w Portugalii. jade sobie hackney road i nagle mijane sklepiki (glownie obuwnicze i z torbami) zaczynaja wygladac jak portugalskie kafejki. dokladnie pamietam jak zdarzylo sie to po raz pierwszy w zeszlym roku. byl sloneczny dzien w lutym. na poczatku lutego. dokladnie 2go lutego, a ja wybralam sie do pani na dalston po odkurzacz.

ze byl to 2 lutego wiem, bo wpisalam w popularnej przegladarce: dalston odkurzacz. tak mnie to ucieszylo, ze postanowilam cos napisac co sie dzieje i zmije zeby potem, jak sobie za rok przypomne jak zamiast isc spac bo wstac trzeba o nieludzkiej porze (wczesniej nawet niz kolezaneczka debi co wstaje o trzeciej), pisalam o tym, ze wlasnie skonczyl sie kolejny trzydniowy tydzien, znowu 'pracowalam' wczoraj z domu chociaz obiecalam sobe, ze nie bede przeciagac struny i chociaz przez jeden tydzien (niepelny bo poniedzialek w walii) popracuje bez porannych telefonow ze to moze ja dzisiaj nie przyjde bo costam; i o walii, ze przez dwa dni nieprzerwanie lalo a my niezniecheceni wozilismy sie po plazach zimnym busem, a szyby terkotaly jak w 520 i bylo swietnie a marta ugotowala mocnego kandydata na obiad roku. ze znowu zaciagnelam sie na studia i jestem sfrustrowana, bo pierwszy tydzien minal a moich podrecznikow nadal nimo na skladzie, a co dopiero u mnie, a na stronie szkoly juz pojawilo sie przypomnienie ze niedlugo mam oddac pierwsze wypracowanie. w dodatku w sobote pierwsza lekcja na zywo - tym razem jest ich nawet sporo - a mnie na niej nie bedzie bo bede na slubie tego zioma.

2009-02-14 04:43:44 skomentuj (0)


sniegi w kniejach i inne takie


pani blania dzienie wyrusza na spacer po dzielni


2009-02-03 00:44:06 skomentuj (1)


sniezyca zaskoczyla

drogowcow

i kierowcow



2009-02-02 21:15:33 skomentuj (1)